Pamiętniki Martineza - "Czas się zmienia, są wspomnienia..." - Rozdział 1 część 2.2

Kreator

Stary wyjadacz
Zasłużony
Czerwiec 25, 2017
186
323
108
Pamiętniki Martineza
„Czas się zmienia, są wspomnienia”

Nowe horyzonty i nowe problemy

Data: czerwiec 2017r.

Uff… cóż to był za dzień!
Spotkało mnie dziś wiele niespodzianek, w większości tych pozytywnych, ale nie ominęła mnie również jedna dziwna, a następnie związaną z nią kolejna nieprzyjemna.

Ale do rzeczy! Plan był prosty i zakładał odwiedzenie dwóch największych miast w regionie – Boruty i Pomysłowa, w celu zrobienia pierwszych większych zakupów i obeznania się z okolicą.

Tak więc nie tracąc czasu, wczesnym rankiem po śniadaniu i wstępnym ogarnięciu się, zabrałem ze sobą całą gotówkę i wyruszyłem w stronę pierwszej lokacji, którą była w miarę znana mi już Boruta. Wchodząc do miasta, obserwowałem, jak powoli budzi się ono do życia. Większość sklepów właśnie się otwierała, a część ludzi, którzy zdążyli już zamieszkać w kilku mniejszych domkach, właśnie zaczynała robić sobotnie porządki. Ogólnie był to bardzo przyjemny i napawający optymizmem widok. Rozglądając się tak po okolicy, w końcu zaszedłem pod witrynę pierwszego sklepu. Trafiłem w dziesiątkę, był to sklep z ubraniami. Dłużej nie namyślając się, pociągnąłem za klamkę i wszedłem do środka.

Po wejściu na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech, gdyż dostrzegłem w miarę porządnie wyglądające spodnie cargo z dużą ilości kieszeni na jakieś drobiazgi, a nawet metal oraz duże poncho. Od razu postanowiłem je kupić. 1500 monet, tyle zaśpiewał sobie sprzedawca… . Wtedy mój uśmiech zamienił się w niemiły grymas, a do głowy przyszła mi tylko jedna myśl: „Co za sknera…”. Ostatecznie jednak kupiłem te rzeczy, wiedziałem że są tego warte. Podczas płacenia, wpadły mi w oko nowiusieńkie rękawice robocze z grubą warstwą pianki, leżące na dolnej półce jednej z szafek za ladą. Widziałem je kiedyś przed przyjazdem tutaj w innym sklepie i ludzie bardzo je sobie chwalili, ponoć całkiem nieźle chroniły ręce. Zapytałem o nie sprzedawcę. Ten jednak od razu zimno oznajmił, że jest to ostatnia para odłożona już dla innego klienta. „Ostatnia para i ma mi przejść koło nosa? Potrzebuję ich bardziej niż tamten jegomość. Moje obecne rękawice przecież za niedługo się rozlecą, a co wtedy?… O nie! Tak łatwo nie odpuszczę!” „Potargujmy się.” – powiedziałem.

Po dłuższej chwili i małej sprzeczce, w końcu udało nam się dojść do porozumienia, a ja nabyłem upragniony towar po trochę droższej niż normalnie cenie, ale wciąż była ona w pożądanym przeze mnie przedziale. W miarę usatysfakcjonowany kierowałem się do wyjścia, gdy w rogu sklepu, na haku, dostrzegłem ją. Piękną czarną fedorę z białym paskiem zapisanym na klamerkę. Przypomniałem sobie, jak kiedyś mój dziadek nosił bardzo podobną. Musiałem ją kupić. Poza tym potrzebowałem sensownego nakrycia głowy, a to, że dodawałaby mi ona uroku nie było takie złe. W końcu lepiej kupić raz, a porządnie. Jednakże tak jak się spodziewałem, nie był to najtańszy towar. Zapłaciłem za niego więcej niż za spodnie i rękawice razem, dużo więcej… Ale przynajmniej byłem szczęśliwy i miałem to czego potrzebowałem, a humor sprzedawcy uległ poprawie po ostatniej negocjacji. Z racji, że nie dostrzegłem niczego więcej, co mogłoby mi się przydać, tym razem pewnym krokiem skierowałem się do wyjścia.

Po opuszczeniu sklepu, na zewnątrz rozejrzałem się wokół, a kiedy mój wzrok skierował się na ratusz miejski, dostrzegłem coś dziwnego. Ta… skądś znałem już tę postać. Czarna skóra, garnitur, wielki cylinder, cygaro i ten charakterystyczny biały, zawinięty wąs. Był to burmistrz. Nie było by w tym widoku nic dziwnego poza tym, że obok niego stał „on” i jego dwóch kompanów… . Rozpoznałem go od razu po chuście zawiniętej wokół twarzy i tym nieludzkim spojrzeniu, kiedy spojrzał w moją stronę. Tak, spojrzał w moją stronę, a tak bynajmniej mi się wydawało. Przestraszony od razu schowałem się za rogiem. Stałem „przyklejony” do ściany dobre pół minuty, zanim odważyłem się wyjrzeć ponownie, jednak tym razem, ku mojemu zdziwieniu, nikogo już tam nie było. Burmistrz i tajemnicza postać wraz z kompanami po prostu znikli albo gdzieś poszli.

Rozmyślając nad całą sprawą, zaszedłem jeszcze do pobliskiego sklepu spożywczego, aby zaopatrzyć się w wodę i jedzenie na najbliższe dni. Pozwoliłem sobie jeszcze na kawałek placka i filiżankę kawy, które spokojnie zjadłem przy stoliku, aby trochę się uspokoić. O dziwo, zadziałało. W Borucie załatwiłem już wszystko, co chciałem. Nadeszła pora po raz pierwszy udać się do Pomysłowa. Musiałem tylko jeszcze zajść do mojego „domku” i zostawić w nim całe zakupy.

Opuszczając miasto, kątem oka zobaczyłem, że ktoś wybiega z jakiegoś budynku. Odwróciłem się, aby przyjrzeć się dokładniej. Ktoś ewidentnie wybiegł ze sklepu z ubraniami i szybko kierował się w stronę ratusza. Byłem ciekawy, co się stało, ale niestety nie miałem czasu na sprawdzenie tego. Starając się szybko zapomnieć o sprawie, wyszedłem z miasta i udałem się w stronę kopalni.

Po około pół godzinie byłem już w połowie drogi do drugiego celu. Mijałem już most, gdy nagle zatrzymało się koło mnie czarne auto. Znałem je i spodziewałem się kto jest w środku. Nie wiedziałem co mam zrobić. „Stać, czy uciekać” – pytałem siebie w myślach? Mój problem szybko znikł, gdy otworzyły się drzwi od strony pasażera. „On” tam siedział i przyglądał się mi. Stałem, jak wryty. Po chwili ciszy, spokojnym głosem zaprosił mnie do środka. Jego głos naprawdę mnie przeraził. Był on gruby i mimo wszystko bardzo poważny. Widząc moją niepewność, obiecał, że nie ma wobec mnie złych zamiarów, chciał po prostu porozmawiać i podwieźć mnie. Nie mając innego wyboru, zrobiłem to, o co mnie poproszono. W sumie była to szansa na dowiedzenie się czegoś nowego i uzyskanie odpowiedzi na kilka nurtujących mnie pytań. Zamknąłem za sobą drzwi, a auto od razu ruszyło do przodu, wiedziałem, że teraz nie ma już odwrotu.

„No cóż…” – zaczął.
„Jesteś tu od niedawna, prawda?” – zapytał.

Przytaknąłem.

„Wiesz… nie wyglądasz mi na głupiego, wręcz przeciwnie, dlatego też postanowiłem z tobą porozmawiać. Mam do ciebie dwie sprawy” – mówił, kiedy mój wewnętrzny niepokój ciągle rósł.
„Moi ludzie zaobserwowali, że jesteś dość pracowity i nie straszne ci przeciwności losu, a na dodatek jesteś dość pomysłowy… i dociekliwy…” – kontynuował, a ja zdałem sobie sprawę, że mam rację, że moje podejrzenia coraz bardziej się potwierdzały, cały czas czułem, że ktoś mnie obserwuje podczas pracy.
„I odnośnie tej dociekliwości właśnie… mam prośbę i ostrzegam cię, abyś przestał węszyć, gdyż może się to źle dla ciebie skończyć. Nie chcę tutaj nic przesądzać, ale po prostu lojalnie cię ostrzec.” – mówił poważnym tonem, kiedy ja coraz bardziej bladłem.
„To była pierwsza sprawa. Teraz następna, czyli sedno całej fatygi. Ogólnie zatrudniam takich ludzi, jak ty, którzy mają coś we łbie i mają go na karku.” – mówił przekonująco.
„Dobrze, a co ja bym z tego miał?” – nie wytrzymałem i zapytałem w końcu.
„Oj wiele…” – odpowiedział.
„Twoja sytuacja materialna uległa by olbrzymiej poprawie, gdyż dużo płacę swoim ludziom, a także z czasem najprawdopodobniej poznałbyś odpowiedzi na część nurtujących cię pytań, bo zgaduję, że takowe masz. Widziałem, że jesteś nami zainteresowany od pierwszego dnia kiedy tu przybyłeś” – tłumaczył.

Miał rację… Byłem ciekawy, a poprawa sytuacji finansowej bardzo by mi się przydała, ale ciągle nie byłem do tego przekonany. Coś mi tutaj śmierdziało. Poza tym skąd jeden człowiek miał tyle pieniędzy, że tak słono wynagradzał swoich ludzi, których zgadując zapewne nie miał mało?
„To jak będzie? Jesteś zainteresowany? Chcesz pracować dla mnie?” – zapytał.
„A na czym miałaby polegać moja praca?” – szybko odwróciłem pytanie.
„Dowiesz się, jeśli się zgodzisz” – zakomunikował.
Po chwili namysłu odpowiedziałem – „Nie wiem, szczerze nie wiem, co o tym myśleć…”.
„Oj spokojnie, mogę dać ci czas na namyślenie się, do wieczora. Wtedy jeden z moich ludzi przyjdzie do ciebie, aby uzyskać odpowiedź. Polecam się zgodzić…” – mówił dziwnym głosem.

Przeszedł mnie dreszcz. Poczułem, że ten człowiek nie chce dać mi wyboru, że ma wobec mnie jakiś plan, zły plan. Na moje szczęście w tym momencie dojechaliśmy do Pomysłowa.
„To zapewne tutaj chciałeś dotrzeć. Proszę bardzo, nie musisz nic płacić. Liczę tylko na twoją zgodę.” – powiedział po raz ostatni, zanim zamknął za mną energicznie drzwi i nakazał kierowcy odjechać.

Byłem bardzo zmieszany. Stałem, jak słup przez około 2 minuty, zanim któryś z pracowników pobliskiego warsztatu nie potrząsnął mną i nie zapytał, czy wszystko w porządku. Patrząc na gościa, bez słowa ruszyłem w miasto. Spoglądał on jeszcze za mną przez chwilę, po czym krzyknął, że jeśli będę potrzebował pomocy, to niech zaglądam do warsztatu. Połowicznie przepuszczając jego komunikat przez uszy, udałem się do centrum miasta.

Po około godzinie udało mi się jeszcze znaleźć pojemny plecak w czarnym kolorze, tak aby się nie brudził podczas pracy na kopalni oraz chyba wisienkę na torcie, czyli bardzo czaderską koszulkę roboczą z krótkim rękawem i metalowymi wstawkami. Wyglądała naprawdę ekstra, zwłaszcza, że idealnie pasowała do moich nowo zakupionych spodni, fedory, jak i poncha. Była bardzo droga, ale była także wykonana z bardzo wytrzymałego materiału i miała również dołączony do siebie nieźle wyglądający zegarek, który idealnie pasował do wstawek w bluzce, jak i fedory. Po tych zakupach, udałem się jeszcze do miniętego wcześniej warsztatu, dowiedzieć się, czy są w mieście jakaś auta na sprzedaż. Uzyskane informacje bardzo mnie usatysfakcjonowały. Jeden z pracowników pokazał mi dostępne modele. Czarny Roadster od razu mi się spodobał. Niestety nie miałem już wystarczająco pieniędzy, aby go kupić. Wszystko zdążyłem wydać już na ubrania i zapasy prowiantu. Poprosiłem o odstawienie go gdzieś na bok z obietnicą, że w najbliższym czasie go kupię. Tak też uczyniono. Gdy już wychodziłem z warsztatu, owy pracownik zatrzymał mnie, pytając, czy już wszystko w porządku.

Na początku nie rozpoznałem go, ale po chwili przypomniałem sobie, że to on oferował mi pomoc, kiedy wysiadłem wtedy z auta. Od razu odpowiedziałem mu twierdząco i przeprosiłem za moją ignorancję. Na szczęście kolega mechanik szybko mi to wybaczył. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, niestety musiał on pomóc w sprzątaniu warsztatu przed zamknięciem, ponieważ wieczór zbliżał się wielkimi krokami. Ja również musiałem już wracał do swojego „domu”. Kiedy rozchodziliśmy się, przypomniałem sobie, że nawet nie przedstawiliśmy się sobie. Szybko więc zapytałem nowo poznanego znajomego o imię, bo raczej tak mogę go już nazywać.

„Lee, Lee Everet” - dumnie odpowiedział.
„Martinez, Paweł Martinez.” – grzecznie odpowiedziałem.

Chwilę po tym, szybko się rozeszliśmy.
Po powrocie do swojego kontenera, szybko ubrałem się w nowe ubrania i powiem szczerze, że wyglądam w nich całkiem nieźle. Jak dobrze pójdzie, to jeszcze jakąś dziewczynę wyrwę w barze, o ile zdobędę najpierw trochę więcej gotówki. Następnie wyszedłem jeszcze pomóc sprzątać kolegom w kopalni. Nowe rękawice sprawdzały się świetnie, nic w nich nie czułem, mogłem pracować całą noc. Kiedy kończyłem robotę, zobaczyłem dziwną czarną postać na wzgórzu przy kopalni i wtedy przypomniałem sobie. Miałem się zastanowić, czy chcę pracować u dziwnego, zamaskowanego jegomościa.

Szybko doszedłem jednak do wniosku, że nie warto ryzykować, gdyż nie wiem co to za interes, a nie miałem najlepszych przeczuć. Pewnym krokiem podszedłem do owego pracownika.

„Witaj…” – powiedział chłodno.
„Podjąłeś decyzję?” – zapytał prędko.
„Tak… nie zamierzam się w to pchać, dziękuję.” – odpowiedziałem pewnie.

Widać było, że gość jest ewidentnie zaskoczony moimi słowami, ale po chwili oznajmił:
„No cóż, nie na to liczyliśmy, ale dobrze, niech ci będzie, w końcu to twoja decyzja…”.

Następnie ku mojemu przerażeniu, szybkim ruchem wyjął zza marynarki pistolet i wycelował go w moją stronę. Zszokowany nie miałem nawet odwagi się ruszyć, a tym bardziej krzyczeć, czekałem na najgorsze. Widziałem, jak już ciągnie za spust, gdy nagle… zadzwonił jego telefon. Ciągle celując do mnie, szybko odebrał i zdziwiony o coś się dopytywał i mówił: "CO?! Jak to ktoś inny kupił?!... Szlag... dobra, poszukam go, jak tylko skończę z tym. Ta... nie zgodził się... dobra...". Nie miałem pojęcia o co mu chodziło. Kiedy skończył rozmawiać, z jego ust padły słowa: „Wybacz, ale tak to się musi niestety skoń…” – i tu nagle urwał spoglądając na moje rękawiczki.

„SKĄD JE MASZ!?” – nerwowo krzyknął, po czym przyłożył mi pistolet do głowy.

Już otwierałem usta, już miałem mu odpowiedzieć, gdy nagle zabrał pistolet i w popłochu zaczął uciekać.
Krzyknął tylko: „Jeszcze się policzymy!”.

Wtedy dostrzegłem biegnącego w moją stronę jednego z współpracowników, był to Skar. Nie pisałem o nim wcześniej, bo po prostu o tym zapominałem, ale ogólnie jest to całkiem spoko gość. Tak samo, jak ja przyleciał tutaj niedawno i lubuje się w zielarstwie, a ponoć nawet jest wielebnym. Ile w tym prawdy? Nie mam pojęcia. Natomiast można śmiało powiedzieć, że uratował mi życie. Przestraszony, zacząłem zdawać sobie sprawę, z tego co się właśnie stało. Podziękowałem mu, kiedy pomógł mi wstawać, po tym jak się wywróciłem, gdy tamten gość zabrał pistolet. Skar dopytywał się, co się stało, ale ja nie miałem ochoty mu tego tłumacz, bynajmniej nie wtedy. Obiecałem mu, że wszystko mu wyjaśnię następnego dnia. Zgodził się i powiedział mi tylko, abym na nich uważał. Zamierzam zastosować się od razu do jego rady.

Cóż, był to bardzo dziwny i groźny dzień. Muszę pomyśleć co dalej. Na szczęście przed chwilą dostałem telefon od mojego kuzyna, Bartka Falcona z wiadomością, że planuje przylecieć do mnie już jutro z rana i zamieszkać razem ze mną. Oznajmił również, że bierze ze sobą dużo gotówki, i że kupimy jakiś porządny dom. Kamień po części spadł mi z serca. Wiedziałem o planach przylotu kuzyna, ale nie spodziewałem się go tak szybko.

Jutro złapię taxi i udam się po niego na lotnisko, a następnie oprowadzę go po okolicy, po czym poszukamy razem jakiegoś fajnego domu. Mam już chyba jeden upatrzony, całkiem spoko, ale o tym w następnym wpisie.

Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że będzie dobrze. Od teraz muszę uważać na tamtego zamaskowanego gościa i jego ludzi, oni mogą być przecież wszędzie. Muszę, jak najszybciej zdobyć również licencję na broń i jakiś pistolet. Od tego może zależeć moje życie…


~ P. M.

Wszelkie prawa do przerabiania, kopiowania, publikowania oraz podpisywania się pod powyższym tekstem, są zastrzeżone przez autora.




Notatko od autora
No cóż, jak obiecałem, tak napisałem i słowa na pewno dotrzymałem. ;)
Przepraszam za małe opóźnienie, gdyż tak, tak, wiem... miało być punktualnie o 18:00, ale sam nie spodziewałem się, że wyjdzie mi to tak długie. W każdym bądź razie życzę wam miłego czytania i do zobaczenia w kolejnych częściach pamiętników! :cool:
 
Ostatnia edycja: